Slow life

Czy minimalizm kosmetyczny mi się opłacił?

Czy minimalizm kosmetyczny mi się opłacił?

Nigdy nie byłam typem kosmetycznej maniaczki. Mimo że jako nastolatka lubiłam kupić BravoGirl i inne tego typu porywające tytuły, to robiłam to głównie dla tekstów „psychologicznych” niż dla darmowej szminki czy porad makijażowych. Nie umiem się malować, robię to w sposób jak najprostszy i możliwy do ogarnięcia przeze mnie. Podkład, puder, tusz i korektor. Nie mam z kolorówki nic więcej. Gdy staję w Rossmanie przed działem z całym tym arsenałem to nie wiem, do czego w większości te kosmetyki służą. Zazdroszczę trochę tym, którzy potrafią podkreślać swoją urodę mazidłami, a szczególnie gdy zajmuje im to mniej niż 5 minut. Robię ukłon w Waszą stronę. Od czasu lektury „Szczęśliwej skóry”, a było to jeszcze w tym roku, porzuciłam prawie całkowicie większą część zalegających w łazience kosmetyków. Zrobiłam przegląd, sprawdziłam daty i składy, a co można było użyć jako pasty do butów wykorzystałam. Od tego czasu moje problemy z wypryskami, delikatnym trądzikiem praktycznie zniknęły. Chyba że zjem coś bardzo, bardzo niezdrowego. Wtedy mam jednak krostki na własne życzenie… Dziś opowiem Ci, czy te pustki w szafce coś dają i czy minimalizm kosmetyczny mi się opłacił. Może pomoże to także Tobie.

Czy minimalizm kosmetyczny mi się opłacił?

Zacznę może od przytoczenia swojego artykułu z 12 marca 2016 roku – „Minimalizm kosmetyczny się opłaca”. Wtedy byłam na początku drogi do ograniczenia kosmetyków. Nie przeczytałam jeszcze książki o „Szczęśliwej skórze”, ale coraz bardziej zwracałam uwagę na to, że im więcej mam flakoników i opakowań kremów w domu tym gorzej wygląda moja cera i całe ciało. Zachwycona buteleczkami, pięknymi zapachami często dawałam się skusić na kolejne produkty, mimo że w domu stały niedokończone. To takie błędne koło, które w końcu udało się przerwać.

Najpierw rozpoczęłam czystki w łazience. Przejrzałam wszystkie daty przydatności, poczytałam składy i na tyle ile umiałam określiłam, czy są odpowiednie dla mojej skóry i wieku. Moja Mama i Tata często podkreślają, że moje prababcie miały piękną cerę, a zawdzięczały to głównie myciu twarzy samą zimną wodą. Wtedy nie było milionów kremów, a szare mydło. Oczywiście ogromny wpływ na to jak wyglądamy ma też to jak jemy, ale ja zauważyłam, że niektóre kosmetyki powodowały u mnie prawdziwe tsunami na buzi. Niektóre? Tak myślałam. Okazało się, że praktycznie wszystkie, które nie były naturalne.

Buzia

Zmiany zaczęły być widoczne bardzo szybko, gdy nie używałam przez tydzień nic poza czystą wodą. Skóra się oczyściła i nie miałam nawet chwili uczucia suchości na twarzy. Taki detoks był mi potrzebny. Dla umysłu i ciała, bo doceniłam jak silną zdolność do odbudowania ma nasza skóra. Potrafi się sama szybko zregenerować i nie musimy jej aż tak bardzo katować i stymulować, jak mówią nam koncerny kosmetyczne. Oczywiście, mówię tu o sobie – mam 25 lat, nie posiadam żadnej choroby skóry, trądzik pojawiał się głównie przed okresem, po czekoladzie, chipsach i innych świństwach. Kiedy coś się dzieje ze skórą poważnego to najlepiej skonsultować z lekarzem, tego w ogóle nie będę kwestionować. Czasem jednak warto zacząć od tak prozaicznej rzeczy, jak detoks od kosmetyków. Podobno wystarczą już 3 dni żeby zauważyć różnicę i zdecydować i co dalej…

Po moim tygodniowych detoksie postanowiłam coś tam zacząć dawkować mojej buzi. Nie robię nic poza spryskaniem jej rano i wieczorem hydrolatem po umyciu wodą i mydłem. Kosmetyki, których używam pochodzą z mojego ulubionego Ministerstwa Dobrego Mydła. Nie wklepuję na coś dzień nic. Jeżeli widzę, że mam trochę bardziej suchą skórę ratuję się jakąś maścią nawilżającą od moich dzieci albo robię peeling cukrowy z oliwą z oliwek i już wszystko wraca do normy. Przed nałożeniem makijażu nie potrzebuję również niczego, ale tak jak pisałam, nie jestem żadnym specjalistą i osobą godną naśladowania w kwestii kolorówek. Po prostu się na tym nie znam. Maluję się zazwyczaj tylko w weekend, bo w tygodniu tego nie potrzebuję. Cera bez wyprysków nie wprawia mnie w zakłopotanie. Jedyne czego mogę się wstydzić, to wieczne worki pod oczami… do tego mam ogromną skłonność, szczególnie po kilku karmieniach Synka w nocy.

Włosy

Z włosami mam ogromny problem, ale myślę, że to kwestia w dużej mierze odżywiania, ograniczenia snu i zmęczenia. Wypadają nadal garściami, są suche na końcach i tłuste przy nasadzie. To stan ciągły, który tylko się wzmógł po drugiej ciąży. Używam co 2/3 dni szamponu odbudowującego z Babuszki Agafii i nic poza tym. Nie suszę, daję im naturalnie wyschnąć, używam zwykłej drewnianej szczotki. W tej kwestii wiem, że muszę się wziąć do roboty i przez zimę zadbać o głowę.

Ciało

Balsam? Czasem mam taki zryw, że kremuję się przez tydzień, dwa. Od długiego czasu już się nie masuję suchą szczotką, wynika to raczej z lenistwa. Siedzę do późna przy komputerze i zwyczajnie mi się nie chcę. Co jakiś czas robię peeling całego ciała i moczę się w wannie w kulach musujących. To relaks, którego potrzebuje zarówno moje ciało, jak i umysł. Wiem, że tutaj minimalizm się opłacił również, ale poza peelingiem powinnam rozszerzyć swój asortyment o dobry krem na zimę, żeby nie dać się mrozom.

W ogólnym rozrachunku jestem niezwykle zadowolona z przejścia na minimalizm kosmetyczny. Cieszy się przede wszystkim moja buzia i portfel. Naprawdę opanowałam szaleństwo zakupowe i po prostu nie chodzę w alejki z kosmetykami. Raz na dwa/trzy miesiące kupuję spory zapas kosmetyków z MDM i mam spokój. Nie myślę o tym, że potrzebuję tego i tamtego, a polecenia blogerek odnośnie kosmetyków omijam szerokim łukiem. Każdy z nas jest inny, potrzebuje indywidualnego podejścia. To co działa na innych, nie musi na mnie, na Ciebie. Dotyczy to również tego wpisu 🙂

Lista kosmetyków, która zagościła na stałe w mojej łazience:

  • peeling cukrowy śliwkowy, kule musujące z płatkami owsianymi, hydrolat z rozmarynu, mydło z ogórka i ryżu – wszystko z MDM
  • z kolorówki mam dosłownie kilka rzeczy: zielony korektor na krostki, korektor pod oczy, podkład, puder, tusz do rzęs. Nie przywiązuję się do marek, tutaj polegam głównie na poleceniach mojej przyjaciółki Ani,
  • szampon do włosów odbudowujący – Babuszka Agafia,
  • jeśli mam sytuację kryzysowe używam dodatkowo olejku migdałowego, maści z wit. A, alantanu lub zwykłego Bambino.

Czy minimalizm kosmetyczny mi się opłacił? Czy minimalizm kosmetyczny mi się opłacił?

  • To już kolejny wpis tego typu, który czytam i muszę przyznać, że nieco mnie zainspirowałaś. Trochę kosmetyków mam – w tym kremów i balsamów – ale z ich wpływem na moją skórę i włosy różnie bywa. Od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie przetestowanie kosmetyków Tołpy, które uchodzą za naturalne. Zobaczymy z jakim efektem – może też się przerzucę na minimalizm kosmetyczny. 🙂

    https://kobietadozadanspecjalnych.blogspot.com/

    • Próbowałam już kilka serii z Tołpy i mnie wszystko uczula. Obojętnie czy to kosmetyk do twarzy, ciała czy włosów. Marka zdecydowanie nie dla mnie.

    • Ja Tołpy jako kosmetolog i technolog produkcji kosmetyków nie polecam.
      Składy ani trochę naturalne. Opierają się na standardowych bazach
      produktowych.
      W tej marce robotę robi marketing i nic więcej.
      Jeśli chcesz spróbować coś naturalnego, co rzeczywiście jest naturalne to musisz szukać produktów niszowych.
      Jak Agni jesteś z Wawy to25-26.11 będą targi Ekocuda, gdzie będzie dużo takich produktów 🙂

  • Piękne opakowania ma to ministerstwo dobrego mydła!
    Ja na szczęście nie jestem podatna na nowinki i hity kosmetyczne. Od wielu lat używam kosmetyków robionych z półproduktów, z biochemii urody albo mazidel. Działają świetnie i wiem, że w składzie tylko dobrego rzeczy. Tylko buteleczki nie takie ładne 😉

  • Ja jestem minimalistką w każdej dziedzinie życia i bardzo mi to pomaga w codziennym funkcjonowaniu 🙂

  • Minimalizm kosmetyczny – jestem na tak! Zwłaszcza, że większość kremów, o których wmawia się nam, że ich potrzebujemy to czysta chemia, a każda chemia przecież nie tylko uczula, ale i nie działa dobrze na naszą skórę. Ja ogromną różnicę w poprawie wyglądu skóry twarzy zauważyłam przy zmianie mydła – odstawiłam wszelakie zapachowe, kolorowe i pięknie wyglądające mydełka i zakupiłam najzwyklejsze mydło naturalne z Białego Jelenia. Skład, który nie zawiera miliona dziwnie brzmiących składników, a do tego polskiej produkcji! Skóra nie jest przesuszona i zniknęły wszystkie brzydkie wypryski 🙂

  • Nie mam dużo kosmetyków, bo nie lubię. Na samą myśl o smarowaniu się pierdyliardem kremów mam wysypkę. Przypomniałaś mi, że muszę zrobić zakupy w Ministerstwie 🙂
    Za to lubię się delikatnie (a czasami mocniej) pomalować. Lubię mieć „zrobione” oko, przy mojej delikatnej buzi i okularach to nawet wskazane. Więc w koszyczku mam paletkę Modern od Wibo i dwie kredki do oczu. Ot, 5 minut rano i gotowe 🙂

  • Ja kupuję dużo kosmetyków, ale tylko naturalnych, w związku z czym ograniczyłam kupowanie wszystkiego czego popadnie. Minimalizm kosmetyczny mnie akurat się opłacił 🙂

  • W moim przypadku to jest dramat, staram się ostatnio ograniczać, ale zupełnie mi to nie wychodzi. Ja w przeciwieństwie do Ciebie kupowałam za gówniary BravoGirl właśnie dla tej małej szminki. Moja mama potrafiła zachować minimalizm kosmetyczny, ale ja jestem na zupełnie drugiej stronie szali – powiedzmy że hipermaksymalizm kosmetyczny. Boli mnie też ile jestem w stanie zmarnować tak pieniędzy, bo przecież te kosmetyki się przeterminują bardzo często zanim dojdę do nich… Czasem złapie mnie wielka ambicja pod tytułem „Sprzątamy wszystkie niedokończone kosmetyki, których już nie używamy (sic!)”. Co z tego, skoro po wycieczce w aptece/dyskoncie/drogerii wracam z nowym zapasem… Czyli mam projekt na Grudzień. Postaram się ograniczyć, może tym razem się mi uda. Podejrzewam, że jeśli bym uzyskała „moderatyzm” kosmetyczny – to już byłby sukces.
    Pozdrawiam!
    https://householdmistress.blogspot.com/