Slow life

Każdy z nas ma swoją historię i tajemnice

Od momentu wszechobecności internetu chcemy wiedzieć wszystko. Ale jednak mam wrażenie, że to wszystko to przecież znaczy nic. W sieci nikt nie pokazuje siebie w stu procentach, bo i nie ma jak. Musielibyśmy tu pisać elaboraty o emocjach i sytuacjach, które nas spotykają na co dzień, ale tego, by nikt nie czytał. Lepsze są ładne obrazki. Zdjęcia uśmiechniętych dzieci, wypucowanych mieszkań, zagranicznych wakacji, tony nowych ciuchów i gadżetów, które często kupuje się na pokaz. Za tymi skrawkami codzienności stoją nasze prawdziwe historie. Nasze decyzje – mniej lub bardziej popularne. Częściej pewnie te bulwersujące i wzbudzające falę krytyki. Ale cicho. Lepiej być cicho. Po co się wychylać i mówić, jak jest skoro to odwróci od nas ludzi?! Tylko jakich ludzi? Tych z którymi kładziemy się wieczorem do łóżka, tulimy na dobranoc lub częstujemy ciastem podczas urodzin? Raczej nie. Przejmujemy się opinią innych osób, które w naszym życiu nie mają żadnego znaczenia. Żadnego. Bo nie znają nas prawdziwych, tylko takich na jakich się kreujemy. Każdy z nas ma swoją historię i tajemnice i to od nas zależy na ile pozwolimy poznać ją innym.

Nie potrzebuję do życia pochwał, choć mobilizują one do dalszej pracy. Nie potrzebuję serduszek i lajków, chociaż dla niektórych są one wyznacznikiem popularności. Lubię pić swoją ulubioną zieloną herbatę, chodzić boso po ogrodzie bez makijażu, patrzeć w chmury. Mam ostatnio po dziurki w nosie pomysłów Stacha, jego zadzierania i sprawdzania mojej cierpliwości. Z przyjemnością uciekam na sesje i oddaję się pracy, kiedy poza rozmową z drugim człowiekiem i zatrzymywaniem w kadrach chwil nie muszę robić nic. Może to ogrom różnych zajęć mnie przytłoczył albo po prostu mam macierzyński kryzys i ciężko mi trzymać nerwy na wodzy. O tym nie pisze nikt. No bo nieprzespane noce to rozumie każdy, ale że traci cierpliwość, że nie chce mu się milion razy odpowiadać na pytania „Dlaczego” i tłumaczyć czemu nie można pchać albo ściskać brata… Nie, o tym lepiej nie wspominać. Bo co? Bo nasz wizerunek straci na wartości? Dla mnie zyskuje on wtedy na autentyczności. Wtedy tylko mogę się z kimś zidentyfikować. Ktoś staje mi się bliższy, bo też jest mu źle i ma czasem gorszy okres. Nie wierzę w idealne życie, bo takiego nie ma. Pokazywanie przedmiotów nie ma dla mnie wartości. Dlatego na swoich fotografiach szukam uczuć, emocji. Rzeczy mogą nam towarzyszyć, ale TYLKO towarzyszyć. Nie powinny być celem samym w sobie, bo nigdy nas nie nasycą. Wprost przeciwnie jak drugi człowiek. Uwielbiam rozmawiać. Wracam do domu z nową energią, poznaje drugą osobę, jej spojrzenie na świat, perspektywę z której patrzy, na to co go otacza. I to tworzy historię człowieka i jego tajemnice. Takie o których nie trzeba się chwalić przed całym światem.