Dzieci Slow life

Odczarować ciężki start

Poród był szybki. Tak szybki, że przy zapisie do szpitala kucałam przy komputerze, gdy pani doktor robiła wywiad z ciąży. Popędzały ją pielęgniarki i położna, które widziały, że mogę urodzić już zaraz, tam na podłodze. Nie było czasu na zbędne czynności. Nie zdążyłam przebrać się w swoją koszulę. Nie mogłam już wejść pod prysznic, ani iść do toalety. To był już TEN czas, gdy liczył się tylko Olek. Lada moment miał się pojawić na świecie i stało się to 1,5 h po przyjeździe na izbę przyjęć. Po kontakcie skóra do skóry i przenosinach na salę obserwacyjną zabrali GO na badania i nie wrócili już z nim do mnie. Przekazano mi informację, że nagle spadła saturacja, a po jakimś czasie Oluś trafił na oddział intensywnej obserwacji noworodków. Pozytywny GBS zakończył się u Synka zapaleniem płuc i przymusowym tygodniem w szpitalu na antybiotyku. Teraz chcę odczarować mu ten ciężki start.

Gdy po porodzie przeniesiono mnie na salę z innymi kobietami, zapytano mnie czy nie będzie mi przeszkadzać sala z dziećmi. Mi? Nie! Obecność dzieci bardzo mnie zmobilizowała do szybszego powrotu do formy, ale i do odciągania mleka dla Olka. Do pierwszej butelki trafiło 16 ml. Po kilku nocach napełniałam już z każdej piersi woreczki po 150 ml. Gdy tylko Synek dostał moje mleko nastąpiła widoczna poprawa skóry i płuc. Momentalnie dziecko nabierało sił, a ja jako mama wiedziałam, że daję mu to co najlepsze. Wstawałam z budzikiem w nocy żeby nie nabawić się zapalenia piersi i podtrzymywać tę mleczną falę. Teraz mogę się cieszyć ze wspólnych karmień i tego, że postanowiłam walczyć o własny pokarm. Olek przybiera bardzo szybko na wadze i przekroczył barierę 4 kilogramów. Przypomnę, że urodził się 17 maja z masą 3640 g 🙂

Niektórych z Was może nie interesować ta nasza historia, ale są też na pewno takie kobiety, które codziennie walczą o pokarm, walczą ze sobą, by iść na oddział neonatologii i głaskać swoje 600 – gramowe maleństwo w inkubatorze. To ogromna sił matki. Siła kobiet, by po porodzie pokonywać piętra szpitala i siedzieć godzinami na niewygodnym krześle. Nie każdy ma takie szczęście jak my i szybko wychodzi z tego oddziału. Są dzieci, które spędzają tam miesiące, a rodzice muszą organizować wizyty do szpitala. To ciężki okres, szczególnie jeśli ma się jeszcze starsze dzieci.

Taki start życiowy na pewno pozostawia jakieś piętno na maluszkach. Widzę po Olku, że potrzebuje on niesamowicie dużo mojej bliskości. Nie przepada za smoczkiem, na piersi spędzałby większość dnia. Oczywiście muszę uczyć go odkładać, odstawiać, bo starszak sam czasu sobie nie zorganizuje, tym bardziej gdy Mąż wróci do pracy. Póki ma jednak urlop korzystam i daję się Olkowi tyle ile mogę. Przytulam, karmię, śpiewam, noszę, mówię jak mocno go kochamy. To pogodne, szczęśliwe i… coraz cięższe dziecko 🙂 Chcę odczarować mu ten ciężki start. Chcę by samotne noce w szpitalu zrekompensowały mu teraz chwile w naszym łóżku. Nie myślę o tym, czy się przyzwyczai, czy nie. Jeśli tego potrzebuje, to mu to daję. Po Stasiu wiem, że dziecko szybko oddaje miłość, jest ciekawe i otwarte na świat i nie boi się nowych doświadczeń, bo zaznało odpowiednio dużo bliskości.

Mam nadzieję, że te kilka akapitów pokrzepi niektóre serca. Nie było momentu ani chwili zawahania, w której bym zwątpiła, że szybko Synek wyjdzie z oddziału dla noworodków. Wraz z mlekiem w termicznej torbie przywoziłam mu ogrom miłości i sił od wszystkich bliskich, którzy na niego czekali i chcieli go poznać. Dziecko to czuje. Pamiętaj o tym.

  • Marta Langner

    Dużo siły i zdrowia Wam życzę – tak po prostu! 🙂

  • Bardzo mądre i pokrzepiające słowa. Cieszę się że z Malutkim już wszystko dobrze. Cieszcie się sobą bo to najważniejsze 🙂

  • Magda

    U nas też był ciężki start. Ekstremalnie. W dodatku debiutowaliśmy w roli rodziców… nigdy nie przypuszczałam, że tak będzie wyglądał nasz strat… a przynajmniej liczyłam, że będzie choć trochę lukrowo kolorowo. Może nie aż tak jak na filmach ale nie aż tak jak … się okazało. Lekarz prowadzący w 39 tc „profilaktycznie” skierował mnie na oddział patologii ciąży z uwagi na podwyższone ciśnienie, tak na „wszelki wypadek” Mały 100% okaz zdrowia. Któregoś poranka w niedzielę położna przywiozła na naszą 2 osobową sale aparat do mierzenia KTG. Rutynowe KTG, Nie było koleżanki obok bo wyszła z mamą (wiadomo niedziela dzień odwiedzin) no to podepniemy Panią… w pewnym momencie zapis szwankuje, nic nie rysuje, po kolei przychodzą położne, zmiana pozycji z jednego boku na drugi to na wznak, nie ma… nic .. nie słychać Maluszka… Później pamiętam tylko wielkie zamieszanie w okół mojego łóżka, położne, lekarz dyżurny… Mąż przywiózł wózek wsiadłam i pchał go dość szybko. Nagle położna wyrwała mu wózek z rąk zaczęła ze mną biec w kierunku drzwi z napisem „trakt porodowy”… Po drodze podpisywałam jeszcze jakieś papiery. Nie wiem co… po prostu podpisywałam, potem pamiętam tylko nad głową wielkie lampy, maseczkę z tlenem i „proszę zamknąć oczy i głęboko oddychać” W osiem minut od braku zapisu KTG Milan był na świecie. Nie oddychał… gdy się obudziłam nie było go już w naszym szpitalu. Był już w innym. Na 72h trafił do hipotermii a ja obudziłam się w innej rzeczywistości. Teraz po kilku miesiącach dopiero zdałam sobie sprawe co tak naprawdę tam się wtedy działo… Obudziłam się a położne dokładały mi morfiny, do woli, ile chciałam. Może lepiej. bo nic mnie nie bolało i długo nie byłam swiadoma co się stało. Wszystkiego dowiadywałam się od męża. Dawkował mi informację. Gdzie jest Milan. Po co, jak długo. Przyszła Pani położna i zapytała czy nie będzie mi przeszkadzało jak na salę przyjedzie inna mama po porodzie z dzieckiem. „Nie nie będzie” . Rano zaproponowały izolatkę. Walczyłam z laktacją, mąż dowoził mleko małemu do innego szpitala, gdzie leżał na intensywnej dla noworodków zawinięty w ceratkę jakieś kable i schłodzony do temp 34,5C… Moje ciśnienie zamiast maleć bo było indukowane ciążą, rosło z każdą godziną gdy niewidzenia swojego synka. Nie płakałam. Może dlatego że dostawałam silne środki, żeby nie myśleć nie tęsknić, nie uciec stamtąd. Rodzina i mąż zmartwieni jeszcze bardziej mną niż Małym. „Ona w ogóle nie płacze” , „Trzeba ją umówić z psychologiem”. Nie wiem czemu nie płakałam, skamieniałam. Albo działały środki, które co kilka godzin proponowały mi pielęgniarki. „Proszę to połknąć i proszę spać” Na wizycie w 3 dobę zaczęłam ostro nalegać na wyjście ze szpitala. „Nie wypuścimy Pani z takim ciśnieniem” Do cholery jakie mam mieć ciśnienie o 3 dni jestem MAMĄ i nie widziałam swojego synka!???? Na czwartą dobę postanowiłam z mężem, że wychodzę na własne żądanie, albo zwariuje. Rano na wizycie przyszedł mój lekarz prowadzący. „Znam Panią i wiem, że Pani ciśnienie się unormuje jak zobaczy Pani syna”. Wyszłam. Mały leżał na intensywnej. Już w normalnym inkubatorze, razem z wcześniaczkami z 26 tc…. Odział intensywnej opieki medycznej noworodków był na 4 piętrze. Winda była w drugim skrzydle szpitala, żeby szybciej zobaczyć się z synkiem szliśmy schodami… w 4 dobe po cc… wbiegłam na 4 piętro nie wiem jak, jakąś nadprzyrodzoną siłą. Ubrałam fartuch zdezynfekowałam się. Weszłam do niego. Zobaczyłam Synka w inkubatorze. Leżał na brzuszku na jakimś wałku… Miał podpięte jakieś kable i tlen ale tylko do wspomagania…Stał tam wielki rozkładany fotel, bardzo już wyeksploatowany… Pielęgniarka zapytała mnie czy chcę kangurować?? Rozpłakałam się. Rozpiełam bluzkę, i położyła mi go na piersiach, płakałam jeszcze bardziej. Serce mało nie wyskoczyło mi z żeber… zastygliśmy tak na dobre 30 minut. I tak codziennie przez 2 tyg pokonywałam te schody na 4 pięto tam i spowrotem… kursowałam do niego z mlekiem. Z każdym dniem miał mniej kabli i więcej zjadał… Powoli docierało do mnie co się stało… Po tygodniu zrobiono mu rezonans – jego poprawny wynik zwiastował wyjście do domu… Był dobry. Wyszliśmy, a ja nie widziałam jak dziękować Bogu, że ocalił nasze dziecko. Poszłam na Patologie ciąży gdzie wciąż jeszcze leżała moja współlokatorka z sali, kupiłam bombonierkę i podziękowałam, że wtedy nie było jej na sali i to mnie podłączono KTG…

  • Życzę dużo zdrówka :))))

  • didis

    Też mieliśmy ciężki start… Teraz – 3 mce po tych zdrzeniach nadal dajemy sobie dużo miłości i nacieszyć się sobą nie możemy. Mój czwarty skarb:)

  • Kamina

    Bardzo się cieszę że wszystko tak szybko się wam ułożyło 🙂 Jak najwięcej radości i miłości wam życzę 🙂

  • Dobrze, że wszystko dobrze się skończyło 🙂