Slow life

Tatry z dziećmi – Osada Kościelisko i nie tylko

O urlopie po ciężkim roku pracy marzy każdy. Nie ma osoby, która nie musi naładować wewnętrznych baterii, wyciszyć się. Podobno najlepsze dla naszego ciała i ducha są wypoczynki powyżej 10 dni, ale… nie zawsze udaje się na tak długo wyjechać, czasem mamy tylko chwilkę żeby wyskoczyć nad morze i to też jest super. Zmiana przestrzeni, wyjście z domu, wyłączenie telefonu i odcięcie się od obowiązków dało mi bardzo dużo. Cisza górska, mniej zatłoczone szlaki tak mnie przyzwyczaiły do spokoju, że w weekendy, gdy wyjeżdżamy na spacery nie mogę spokojnie odpocząć na ścieżkach pełnych ludzi. Wiadomo, po urlopie trudno wrócić na stare tory, ale to chyba znaczy, że wakacje były udane i pozwoliły się w pełni zrelaksować. Dziś będzie post dla wytrwałych. Jest w nim mnóstwo zdjęć, bo fotografia to nie tylko moja praca zawodowa, ale pasja i nawet będąc z rodziną mam zwykle aparat w torbie. Poza kadrami oczywiście wiele propozycji i inspiracji, jak ugryźć temat gór z dziećmi. Nasze marzenia dotyczyły wyjazdu w Tatry, a Osada Kościelisko przyciągnęła nas swoimi widokami z każdego okna. Jak było? Już piszę!

Tatry z dziećmi – Osada Kościelisko i nie tylko

Naszym planem był brak planów. Wypisaliśmy w pierwsze dni miejsca, które generalnie chcielibyśmy zobaczyć, ale bez spinania się, wyprawy na Giewont lub na Kasprowy z dwójką o własnych nogach. Samobójcami nie jesteśmy! 😉 Naprawdę chcieliśmy odpocząć i już sam przyjazd do Osady Kościelisko dał nam do zrozumienia, że ten kawałek od Zakopanego ma znaczenie. Z samego parkingu jak i domków są przepiękne widoki, a jakość powietrza jest o wiele lepsza niż ta na dole. Obsługa informowała nas o czujnikach mierzących powietrze i nigdy nie był on na złym poziomie. Samo wnętrze domku drewnianego wyposażone w to co trzeba, no może poza odkurzaczem na miejscu, bo przy dzieciach i kominku bardzo się przydawał. Pożyczyliśmy go potem w recepcji, ale fajnie jak jest gdzieś w szafie na miejscu. Nocleg rezerwowaliśmy latem za pomocą Booking.com i wybraliśmy opcję sporego rabatu w zamian za to, że nie będzie można bezpłatnie odwołać pobytu. Nam pasowało, bo nawet z cieknącymi nosami chłopców nie wyobrażaliśmy sobie rezygnować z długiej trasy z Poznania. No właśnie…

Podróż z Poznania do Kościeliska

Jazdę autem zaplanowaliśmy na bardzo wczesną godzinę, żeby chłopaki jeszcze pospały sporo w aucie. W końcu mieliśmy ponad 6 godzin drogi, a nasze dzieci nie należą do takich, które będą siedzieć spokojnie przez tyle czasu. Wieczorem ubraliśmy ich po kąpieli już w ciuchy na podróż i po 4 nad ranem zanieśliśmy do auta. Niestety bezkolizyjna przeprowadzka z łóżka do fotelika się nie udała i zasnęli grubo po godzinie jazdy 😉 Potem jednak nawet mnie udało się zasnąć w okolicy Wrocławia i podróż w góry nie była tragiczna.

Co robić z dziećmi w Tatrach?

To pytanie nie jest zadawane przez osoby, które te góry naprawdę kochają. Myślę, że kto uwielbia doliny, szczyty, szlaki, chodzenie i odkrywanie wyżyn po prostu chce spędzić jak najwięcej czasu obcując z przyrodą. Wypisaliśmy listę miejsc, które chcemy odwiedzić i tak udało nam się być w…

DZIEŃ 1

tylko Krupówki i obiad na nich w „Ciupadze”, polecamy dobrego pstrąga, ale jak wiadomo ceny na tym deptaku to kosmos 😉 zresztą tak samo jak i tłok, ale o tym później…

Osada Kościelisko Tatry

DZIEŃ 2

Dolina Chochołowska, Staszek cała trasa z Siwej Polany pieszo. Tu przypomnę, Staś 4,5 roku, Olek 2 lata dużo zwiedzał w nosidle turystycznym, które kupiliśmy jakiś czas przed wyjazdem. Używane z olx. Jedliśmy w schronisku w Dolinie Chochołowskiej – mają dobre placki ziemniaczane, morszczuka, ale też pyszną szarlotkę. Wieczorem wybraliśmy się na plac na Równi Krupowej, ale to miejsce dla dzieci od lat 7. Nasze maluchy skorzystały tylko z huśtawek.

DZIEŃ 3

Wielka Krokiew – wspinaliśmy się ścieżką obok skoczni, bo wyciąg w remoncie między sezonem letnim, a zimowym. Chcieliśmy potem odwiedzić Zwierzogród pod skocznią, ale był czynny do 30.09. Następnie spacerkiem udaliśmy się na tamę pod Nosalem. Sam Nosal sobie odpuściliśmy ze względu na pogodę. Tego dnia jedliśmy w restauracji „Zawierucha” niedaleko skoczni. Dobra kwaśnica, placki zbójnickie, dzieci dostały w gratisie lody za zaczepianie się w Panią Właścicielkę, która jak się w trakcie rozmowy okazało ma męża Staszka i stąd też sentyment do imienia 😉 Wieczór spędziliśmy nad Czarnym Dunajcem, gdzie chłopcy ponad godzinę bawili się przy potoku wrzucając kamienie.

DZIEŃ 4

Zamek Czorsztyn, Zamek w Niedzicy, Tama w Niedzicy. Potem jadąc z zamków zajechaliśmy na punkt widokowy koło Rzepisk i już znaleźliśmy miejsce naszego kolejnego noclegu w Tatrach. Widok na całą panoramę naszej strony gór. Tego dnia również jedliśmy na Krupówkach, bo chcieliśmy kupić chleb w piekarni i udaliśmy się do „Pstrąga z grilla„. Tu bardzo długo czekaliśmy zanim ktoś do nas podszedł mimo, że obłożenie nie było jakieś duże. Jedzenie dobre, ale ceny wysokie. Co do samych Krupówek to miejsce, w którym jest wszystko. Zarówno tony chińskiego plastiku, jak i pani z Bacówki z certyfikatem robiąca oscypki i miody. U niej smak serków nam najbardziej odpowiadał, ale też opowiadała nam jak odpowiednio przechowywać te produkty i jakie kupować. U innych zdarzało się, że wciskali nam wyleżałe sery, a ta Pani nigdy nie zawiodła. Zdjęcie jej szyldu jest gdzieś w końcówce posta. Na Krupówkach mimo tego, że październik chyba chodzili wszyscy, którzy byli w okolicach i chcieli się pokazać, bo czułam się trochę jak na Wszystkich Świętych, kiedy futra wyjmuje się z szafy i robi pokaz mody na cmentarzu 😉 Szkoda, bo miejsce kultowe, ale opanowane przez sklepy sieciowe i tony niepotrzebnych przedmiotów.

DZIEŃ 5

Ścieżka w koronach drzew w Bachledce na Słowacji. Od tego dnia Tatry od strony tego kraju po prostu oczarowały nas jeszcze mocniej niż te nasze polskie. Tu na drogach panuje cisza i spokój, szlaki są dużo mniej uczęszczane, ale też ze względu na ich długość. U nas są krótsze, można często gdzieś odbić, zejść, a u nich jak się ktoś wybierze to już odwrotu za bardzo nie ma. O tym mówili nam również w Centrum Edukacji Przyrodniczej w Zakopanem. Obiad jedliśmy w Schronisku Smaków u Magdy Gessler i myślę, że to był nasz numer 1 pod kątem jedzenia, bo burger z tofu jest pyszny! Mogliby natomiast pokombinować jeszcze nad kotletem roślinnym, bo na Gubałówce jadłam również burgera vege i to z kotletem z cieciorki 😉 Sama Ścieżka w koronach drzew robi ogromne wrażenie, dla atrakcji dzieci skorzystaliśmy z gondoli – za bilet rodzinny w obie strony z przejazdem i wejściem na ścieżkę płaci się 49 euro. Na górze plac zabaw dla dzieci oraz duża restauracja ze sklepem. W nim dużo drewnianych i pięknych zabawek, ale też woreczki ekologiczne, termosy, bambusowe szczoteczki, czyli produkty, których w tym miejscu bym się nie spodziewała. Dla chłopców wzięliśmy leśne maskotki, bo upatrzyli sobie z daleka, a my wzięliśmy breloczki handmade z sarenką i dzikiem. Myślę, że przez cały rok będą nam przypominać o tych wakacjach.

DZIEŃ 6

W sobotę robiłam sesję ślubną z moją parą wrześniową, która przyjechała do mnie również z Poznania. Przekochani ludzie! Poszliśmy na Rusinową Polanę, potem podjechaliśmy na Szczyrbskie Jezioro, które nie ukazało nam Tatr Słowackich ze względu na pogodę – tego dnia padał deszcz, była mżawka, chmury, ale nawet śnieg! Sypało trochę na Słowacji i naoglądaliśmy się trochę białych gór. W drodze powrotnej robiliśmy jeszcze zdjęcia przy pasterskich szałasach oraz przy potoku. Te dwie ostatnie miejscówki wypatrzyłam z drogi, kiedy z chłopcami jeździliśmy po tym terenie. Wspólnie z Justyną i Dawidem jedliśmy również w Schronisku Smaków obiad. Na deser nie było już miejsca! Moi chłopcy, kiedy byłam na sesji w ten mżawkowy dzień udali się do Akwanarium. Maluchy zachwycone dużymi rybami, mąż trochę przebąkiwał o drogich biletach wstępu, no ale na czymś trzeba zarabiać 😉

DZIEŃ 7

Na niedzielę też trochę czekaliśmy z niecierpliwością, żeby w końcu pójść na Mszę i zobaczyć kościół w Kościelisku od środka. Uwielbiam takie drewniane budynki z klimatem. Ten zdecydowanie przyciąga wzrok zarówno w środku, jak i na zewnątrz. Ten dzień również był przeplatany lekkim deszczem, więc po kościele jechaliśmy do Skansenu Taboru w Chabówce. Synowie bardzo zadowoleni, wręcz piszczeli mając okazję zwiedzać stare wagony. Ludzi w ogóle nie było, pewnie dlatego że październik to już nie szczyt sezonu, więc ze spokojem mogliśmy wszystko obejść. Na pewno dużo ciekawiej tu i więcej maszyn niż w popularnym koło nas Wolsztynie. Na obiad niedzielny wybraliśmy Obrochtówkę w Zakopanem, ale ona znajduje się wśród uliczek w głębi miasta, gdzie nie dobiega już tak gwar Krupówek. Willa została wybudowana przez Jana Obrochtę Bartusia w 1898, zgodnie z założeniami stylu zakopiańskiego, w kontakcie ze Stanisławem Witkiewiczem. Do II wojny światowej pełniła rolę pensjonatu. W tym miejscu w 2012 roku były Kuchenne Rewolucje Magdy Gessler. Powitała nas miła obsługa zapraszając od razu w miejsce obok kącika dla dzieci. Zjedliśmy oczywiście kwaśnicę, ja pstrąga, mąż moskole, chłopaki pomidorówkę. Spróbowaliśmy w tym miejscu TatraTea, czyli słowackiego alkoholu.

DZIEŃ 8

Po tym nieco deszczowym weekendzie, potem już było z górki i każdy dzień zaskakiwał nas cudowną pogodą. W poniedziałek zapowiadało się słonecznie, więc chcieliśmy pochodzić po kolejnych dolinkach. Z samego rano poszliśmy do Doliny Strążyska, schodząc z niej zjedliśmy w Romie przy parkingu naleśniki margarita, oscypka z żurawiną, szarlotkę. Gorąca czekolada bardziej przypominała kakao, ale mąż naleśnikami zachwycony. W tym miejscu są cudowne klimatyczne wnętrza, ale też w razie brzydkiej pogody można zatopić się w lekturze starych książek lub pograć w planszówki. Jest nawet dostępny we wszystkich sklepach TPN Monopoly Tatry 😉 Po drugim śniadaniu poszliśmy dalej do Doliny ku Dziurze i Doliny Białego. Obiadokolację zaplanowaliśmy w Małej Szwajcarii, kolejnym miejscu na trasie Polskich Skarbów Kulturalnych. Ich kwaśnica mogłaby się bić po pierwsze miejsce z zupą u pani Gessler. Podana jest w rondelku nad podgrzewaczem. Mąż zjadł dyniową z chipsami z batatów, a potem skusiliśmy się na łososia jurajskiego.

DZIEŃ 9

Tego dnia chciałam również z chłopakami pojechać nad Szczyrbskie Jezioro i dać mu drugą szansę, żebym w końcu zobaczyła odbicia gór w wodzie. Wbrew pogodzie słonecznej było dużo zimniej niż kiedy robiłam tam ślubne zdjęcia. Był mocny wiatr, który wzmagał odczucie chłodu. Chłopaki oczywiście w kombinezonach. To jezioro dużo bardziej nam się podobało niż nasze Morskie Oko, nad którym są tłumy. Nad tym pleso chodziliśmy też wyższymi ścieżkami, gdzie nie było nikogo, a widoki były na tyle niezapomniane, że mnóstwo osób na instagramie pytało mnie o to miejsce. Z Kościeliska jechaliśmy tam nieco ponad godzinę, wejście jest darmowe w całym słowackim parku narodowym w przeciwieństwie do naszego TPN-u. Potem jeździliśmy jeszcze po Słowacji, oglądaliśmy ich domy, ale przede wszystkim góry, które tego dnia zapierały nam dech w piersiach i kusiły… kusiły, by im oddać duszę i ciało za rok! W końcu chłopcy będą więksi i mając już za sobą doliny może zaczniemy zdobywać mniejsze szczyty. Noc w schronisku w Tatrach też nam się marzy! Popołudniu jedliśmy w Karczmie Giewont w Bukowinie Tatrzańskiej. Tutaj trafiłam w sumie na najmniej smaczną kwaśnicę, bardziej przypominała wodę z odrobiną kapusty. Mąż skusił się na pizzę, ja na pstrąga z pieczonymi ziemniakami i marchewką i to moje główne danie było przepyszne. Szczególnie pyrki!

DZIEŃ 10

10. dnia poszliśmy do Centrum Edukacji Przyrodniczej. To cudowne miejsce dla wszystkich, którzy chcą trochę poznać tajemnice Tatr. Wejście dla rodziny było darmowe. Punkt 11 ruszyliśmy z innymi rodzicami i dziećmi do nowoczesnych sal. Prowadził nas głos i prezentacji w tematycznych salach. Wszystkie interaktywne, nowe, przyciągające, ale i dostosowane faktycznie do poziomu dzieci. Nasi w pewnych momentach przebierali już trochę nogami, ale zarówno jaskinia, w której było naprawdę chłodno, jak i sala z filmikami o zwierzętach w naszych górach zrobiły ogromne wrażenie. Na samym końcu jest sala kinowa i minutowy seans w trakcie którego spada lawina, a my wpadamy w nią jadąc na desce. W czasie tej minuty trzęsie nam fotelem, otrzymujemy podmuchy wiatru, ale też jesteśmy spryskiwani przez wodę imitującą śnieg. Super sprawa! Nasze dzieci zostały wyprowadzone, jak i inne przez obsługę żeby nie przestraszyć ich. Z mężem obejrzeliśmy ten „seans” na zmianę. W Centrum jest również sklep z przepięknymi książkami dotyczącymi gór, z zabawkami, ale też biżuterią Orskiej stworzonej dla TPN-u. Ja kupiłam kilka książek o górach, felietony, dla chłopców wzięłam drewniane linijki z górami, mam nadzieję, że kiedyś im się przydadzą w szkole.

W Centrum spędziliśmy ponad godzinę. Weszliśmy również do sali odkryć, która jest dla ciut starszych dzieci. Kończyła się właśnie przygoda jakiejś szkolnej wycieczki. Dzieci mają możliwość układania panoramy Tatr w klocków, poznawania owadów, gadów w pudełkach, oglądania przyrody za pomocą „lunet”. Super sprawa! Drugie śniadanie zjedliśmy na Strychu przy Krupówkach, miejsce polecane przez moją ślubną parę, ale które również znajduje się na mapie Polskich Skarbów Kulinarnych. Wypiliśmy pyszną kawę na mleku sojowym, chłopcy smoothie różowe, a zjedliśmy jaglankę i owsiankę, które podbiły nasze podniebienia. Schodząc z Krupówek kupiliśmy oscypki u naszej ulubionej Pani, o której już wspominałam. Wieczór spędziliśmy w Termach Bania. Cena za wejście rodzinne naprawdę wysoka, biorąc pod uwagę ich wnętrze. Niestety Termy Chochołowskie miały remont w tym czasie i nie mogliśmy ich sprawdzić. W porównaniu do naszych Tarnowskich Term, Bania wypada słabo.

DZIEŃ 11

Na wypad do przełomu Białki bardzo czekałam. Widziałam to miejsce w grafice Google i na kilku blogach. Przepiękne widoki z górami. Chłopcy oczywiście spędzili dużo czasu na rzucaniu kamieniami. Poza nami nie było nikogo, gdy schodziliśmy na parking przyjechali starsi państwo. Potem chcieliśmy przejść się Gubałówką. Naczytaliśmy się o jej komercjalizacji. Niektórzy traktują ją, jak przedłużenie Krupówek. Ogromna szkoda, że drewniane budy praktycznie zasłaniają większość widoków. A przecież jest na co patrzeć! Z góry widać całe Zakopane w dole i robi to ogromne wrażenie. My przeszliśmy całą Gubałówkę, bo naszym celem była Restauracja by Kiyrnicka by Saguła. Kolejna restauracja z Polskich Skarbów Kulinarnych. Mają przepyszne czekadełko – palony chlebek z masłem. Jadłam grzybowe consomme oraz burgera wegańskiego z kotletem z ciecierzycy oraz frytkami. Ledwo upchnęłam!

DZIEŃ 12

Na sam koniec naszego wyjazdu… Morskie Oko! Mimo że wiedzieliśmy o tłumach to jednak chociaż raz w życiu chcieliśmy je zobaczyć. Ogromna masa ludzi przetaczała się wszystkimi szlakami. My wypożyczyliśmy sobie przyczepkę Qeridoo dla dwójki, bo z Poznania w ogóle nie przywieźliśmy spacerówki. Z Olkiem poruszaliśmy się wszędzie na nogach albo w nosidle. Droga do Morskiego Oka jest asfaltowa, więc to idealna trasa dla wózków, ale trzeba pamiętać, że większość trasa pnie się w górę. Gdy Olek zasnął w przyczepce ja dawałam czadu pod górkę, z lekką zadyszką. Na początku szlaku podają przewidywany czas około 2,5 h, myślę że z dzieckiem wózkowym, śpiącym można to pokonać w mniej niż 2 godziny jeżeli idzie się sprawni. My mieliśmy jeszcze 4,5 latka i on szedł dużo wolniej, więc przejście zajęło nam trochę ponad te 2,5 h, ale nie dobiliśmy do 3. Przyczepkę wypożyczyliśmy z tego względu, że gdyby Staś odmówił zejścia z powrotem to żebyśmy mogli sprawnie pokonać trasę mieliśmy alternatywę. Większość trasy jednak szedł, bardziej Olek nawet chciał wyjść, ale cały dzień dreptania i nas nużył, a w schronisku w Morskim Oku były takie tłumy, że o zjedzeniu czegoś mogliśmy zapomnieć. Samo czekanie do toalety zajęło mnóstwo czasu. To był nasz ostatni dzień w górach, więc zjedliśmy w Schronisku Smaków, naszym ulubionym miejscu w czasie tego pobytu.

DZIEŃ 13

Powrót do domu! Zajechaliśmy na Krupówki żeby kupić oscypki, naszej ulubionej pani jednak nie było. Szybko stamtąd uciekliśmy, bo tłumy były od samego rana. Tego dnia było 25 stopni! Kupiliśmy serki w okolicach Murzasichle. Trasa zajęła nam sporo czasu i byliśmy w domu około 20. Robiliśmy jednak 3 przerwy, bo chłopcy w ogóle nie spali w aucie 😉 Wyjeżdżając z Zakopanego skręciliśmy żeby zobaczyć kościół Jaszczurówkę, ale w tym czasie były chrzciny i zwiedzanie kościółka było niemożliwe. Z zewnątrz obłęd!

Czy odpoczęliśmy? Średnio, ale byliśmy sami, głowy puste, telefony wyłączone – mój dosłownie bo wpadł do wody 😉 Mam już plany i chęci na kolejny przyjazd w Tatry. Zostało nam jeszcze tyle miejsc do zobaczenia! A Ty? Byłeś/aś w tych okolicach? Co najbardziej skradło Twoje serce? Ja przyznam, że poza Szczyrbskim Jeziorem to zdecydowanie spacery tatrzańskimi dolinami.

It seems like you haven't get the access token yet.