Dzieci

Każda mleczna droga jest sukcesem

Aż strach się wypowiadać w internecie na temat karmienia piersią. Z jednej strony trafisz na zagorzałe orędowniczki karmienia nawet pięciolatków, a z drugiej strony masz obóz, który broni się, że podanie mleka modyfikowanego nie jest żadnym złem. Szkoda, że jako kobiety nie potrafimy się wspierać, a raczej warczymy na siebie jak dzikie psy. Pewnie że mleko matki ma niepodważalne, dobroczynne składniki i jest idealnie skomponowane dla potrzeb konkretnego dziecka, ale jeżeli kobieta z przyczyn medycznych karmić nie może to dlaczego miałaby stać się obiektem kpin? Ja ani przez moment swojej drugiej ciąży nie miałam myśli, że mogłabym karmić inaczej niż piersią. Nasz wspólny czas karmienia przesunął się jednak o prawie 7 dni z powodu zapalenia płuc u Olka. Teraz przybiera on tyle na wadze, że położna za każdym razem patrzy ze zdumieniem i pyta czy na pewno go nie dokarmiam. Obojętnie czy Twoje dziecko tyje 100 g, czy 500 g tygodniowo to pamiętaj, że każda mleczna droga jest sukcesem. Ten sukces siedzi głównie w naszej głowie.

Karmienie piersią to…

poświęcenie, ale i możliwość w miarę przespanych nocy. To wygoda, ale i zalane mlekiem bluzki. To bliskość, której nigdy nie da butelka. To zapobieganie rakowi piersi, ale i zagrożenie ich zapaleniem z potwornym bólem, gorączką. To najbardziej naturalna czynność, która tworzy od samego początku więź z dzieckiem. Pewnie, że jestem wygodnicka i sama z własnej woli nie zdecydowałabym się na karmieniem sztucznym mlekiem, bo nie chciałoby mi się wstawać w nocy, podgrzewać wody, szykować mieszanki, myć butelek, sterylizować ich. Takie karmienie łączy się z ogromną ilością przedmiotów, które zastępuje ciepła pierś mamy. U nas karmienie odbywa się poprzez nasadki. Na oddziałach noworodkowych – najpierw na intensywnej terapii, potem na opiece pośredniej – każda z położnych próbowała pomóc mi przystawiać Olka. Bez nasadek nie udało nam się nic zdziałać, bo moje zbyt płaskie brodawki były nie do chwycenia przez malucha.

Nie zaczęłam karmić od razu. Nie przystawiłam Olka zaraz po porodzie, bo po badaniach nie wrócił już do mnie na salę. Przez pierwsze dwa dni był karmiony sondą i mlekiem modyfikowanym. Ja 1,5 doby po porodzie, pierwszy raz w nocy odciągnęłam laktatorem 16 ml pokarmu. Zaniosłam synkowi na oddział i zmianę w jego wyglądzie zobaczyłam już po 5 godzinach, gdy zaniosłam kolejną porcję mleka. To dało mi niesamowitego kopa do działania i gdy wyszłam ze szpitala to odciągałam mleko w domu równo co trzy godziny. W tamtym momencie tak rozkręciłam się, że zapełniałam z jednej piersi 200 ml woreczki na mleko. Oczywiście był nawał, robiłam zimne okłady, piłam szałwię i gdy zapytano mnie 7 dnia po porodzie, czy przystawiamy Olka do piersi to prawie płakałam. Tak czekałam na ten moment i całe szczęście byłam w rozpinanej sukience 😉 Olek piersi nie załapał, bo nie miałam przy sobie nasadek. Następnego dnia mieliśmy już pierwsze pełne karmienie, a ja byłam w mlecznym niebie. Hormony totalnie mi buzowały, piersi czekały na zamianę laktatora na usta dziecka, a moja macica na totalne obkurczenie.

W tej chwili Olek jest niepodważalnie cycoholikiem. Potrafi jeść co 1,5 h, a maksymalnie wytrzymuje około 3 godzin, chyba że urządzi sobie drzemkę trzy lub czterogodzinną. Tyje na tydzień 400-500 g i w ten sposób z wagi początkowej 3640 g, w cztery tygodnie doszliśmy do 5070 g. Wygląda jak maślany pączuś, choć tak naprawdę to jest mleczną bułeczką. Cieszę się niesamowicie, że się zawzięłam w szpitalu, budziłam w nocy na odciąganie, bo całe to butelkowanie ani trochę mi się nie widzi. Karmienie piersią jest wygodne nawet z nasadkami. Pokarm masz zawsze w idealnej temperaturze przy sobie i nie musisz szukać, ani wozić ciepłej wody. Pewnie, że nie każda chce, nie każda ma to szczęście, ale ja będąc z różnymi kobietami teraz w szpitalu zauważyłam, że to często brak wiedzy i jakieś pokrętne myślenie skłania dziewczyny ku butelce. A karmienie siedzi w głowie, w słowie dobrej położnej i wsparciu otoczenia.

fot. Angelika Paruboczy – Stashki