Slow life

Gzinianka

Te wakacje są wyjątkowe. Ten rok jest inny niż każdy poprzedni. Niby 28 lat w głowie, a jednak mam wrażenie, że z dnia na dzień nabieram teraz mocy, siły, samoświadomości. Wiem, kiedy muszę odpocząć, a w jakim momencie mogę cisnąć i nie trzeba mi chwili wytchnienia. Po wielu miesiącach wytężonej pracy przy komputerze i za aparatem przyszedł czas spakować walizki, usunąć apki z telefonu i ruszyć ku przygodzie. Niezbyt wielkiej i dalekiej, ale zawsze coś. W tym roku padło na Gziniankę.

Nie trzeba wyjeżdżać daleko, aby dobrze wypocząć

Dojeżdżając do Gzina miałam wrażenie, że jesteśmy w domu. Cisza, las, bardzo dużo dzikiej przestrzeni i przyrody. Uśmiechnięci i otwarci ludzie, a co najlepsze – sobota weselna. Uciekłam od pracy fotografa i akurat trafiliśmy na tańce hulańce. Nie szkodzi. Było i tak cudownie, swojsko, spokojnie, dziko. Żałuję, że to tylko 3 dni, ale na więcej w tym roku sobie nie pozwalamy. Grosz do grosza trafia na cel wkładu własnego, więc te wakacje są inne niż wszystkie, a jednak zostaną niezapomniane.

W Gziniance dobrze się wyśpisz, zjesz lokalne i domowe jedzenie, dzieci się wybiegają i nakarmią zwierzęta. Udało mi się nawet pomalować wieczorem paznokcie, pobujać w hamaku, wypić ciepłą herbatę, a niedzielę przeznaczyliśmy na wycieczkę rowerową do Łubianki. Trasy w okolicach Bydgoszczy i Torunia aż się proszą o skorzystanie.

Korzystając jeszcze z urlopu nie będę pisać zbyt wiele, lepiej spójrz na zdjęcia i naciesz oczy. Tak jak ja w Gziniance.